Dlaczego postanowiłem w wieku lat 40 pójść na medycynę?

Link do zbiórki: https://zrzutka.pl/deuw8h

Konto w PLN (Alior): PL09 2490 1057 0000 9900 5561 5778 z dopiskiem “darowizna na studia” 

Konto w GBP (Wise): sort code 23-14-70 , acc no 74108554 z dopiskiem “gift money for uni”

Konto w Eur (Wise): BE57 9671 7890 4035 z dopiskiem “gift money for uni”

 

Kiedy we wrześniu 2019 roku usłyszałem od lekarza, że mam cukrzycę typu 1, nic sobie z tego nie zrobiłem, ponieważ nic o tej chorobie nie wiedziałem, a on zasadniczo nic mi o niej nie powiedział. Nie miałem kwasicy, więc jedyne co mógł zrobić, to postawić diagnozę i wypisać recepty na insuliny itd. Także chwilę po przekazaniu mi informacji zwinął się i tyle go widziałem. Chwilę później pojawiła się pielęgniarka - pierwszy raz dostałem zastrzyk w brzuch. Trochę mnie to przeraziło i zabolało.  Ale znów, nic sobie specjalnie z tego wszystkiego nie zrobiłem. Wciąż uważałem, że się z tego wyliżę, przecież jestem niezniszczalny. Pielęgniarka powiedziała, że cukry mają być od 4-10 (70-180), dała ulotki i powiedziała, że wyślą list z zaproszeniem na szkolenie. Z perspektywy czasu uważam, że jest to lepsze niż trzymanie pacjenta na siłę w szpitalu i próbowanie nauczyć go lub jego bliskich tajników obchodzenia się z cukrzycą. Najgorszy czas i miejsce na jakąkolwiek naukę. Na obiad zjadłem cornish pie (coś a la ciasto francuskie a w środku mięso z sosem) po którym cukier wzrósł do 14, czyli jakiś 250. Wiedziałem już wtedy, że coś jednak jest ze mną nie tak. W każdym razie miałem akurat dwa tygodnie urlopu i zacząłem na własną rękę zanim jeszcze zaproszą mnie na szkolenie czegoś się dowiedzieć o własnej chorobie. Oczywiste dla mnie było, że muszę przestać jeść wszystko co jest słodkie oraz wszystkie produkty zbożowe. Natychmiast przeszedłem intuicyjnie na posiłki odzwierzęce plus surówki. To dało efekty. Zacząłem oglądać materiały na YouTube i czytać o żywieniu w cukrzycy. Były dwa skrajnie różne przekazy, ale miałem glukometr i paski i to od razu nakierowało mnie na prawidłowe tory. W końcu trafiłem na dr Bernsteina i jego książkę. Następnie przeszedłem przez mordęgę udzielania się na grupach cukrzycowych - hejt, cenzurowanie, wyrzucanie, wyśmiewanie, oczernianie, wyzywanie, ogólnie całe to szambo. Kto próbował przebić się z treściami opisywanymi w książce dr Bernsteina na grupach fejsbukowych administrowanych przez osoby finansowane przez przemysł farmaceutyczny, ten wie o czym mówię. Z tego doświadczenia wyniosłem przekonanie, że jedyny sposób żeby porozmawiać o moim życiu jako cukrzyka typu 1 na protokole dr Bernsteina jest stworzyć własną grupę. Bardzo szybko zaczęło się do mnie zgłaszać tyle osób i zadawać w kółko te same podstawowe pytania, że stwierdziłem, że szkoda mojego czasu żeby każdemu odpowiadać z osobna. Zacząłem więc publikować wpisy opisujące najważniejsze kwestie właśnie na grupie. Bardzo szybko dotarło do mnie, że większość cukrzyków nie włada językiem angielskim i ogrom treści, które mogłyby pomóc, jest zwyczajnie dla nich niedostępna. Zacząłem więc tłumaczyć fragmenty książki dr Bernsteina i wrzucać na grupę. Zainteresowanie tymi treściami wciąż rosło. Dostawałem mnóstwo telefonów i wiadomości. Przyszła myśl - trzeba tę książkę wydać po polsku i tyle. Tak postanowiłem i tak zrobiłem. Dodatkowo poprzez szereg pytań osób zgłaszających się do mnie poszerzałem swoją wiedzę - czytałem, dowiadywałem się, ogólnie uczyłem się by móc sobie i innym odpowiedzieć na pytania, na które nie znałem jeszcze odpowiedzi. Postanowiłem, że moja grupa fejsbukowa pozostanie publiczna, bo jest na niej mnóstwo wiedzy i chciałbym żeby można było pojedyncze posty przesyłać ludziom oraz publikować na prywatnych profilach, żeby to było łatwo dostępne. Było wiele osób, które przychodziły i podważały moją wiedzę, atakowały mnie, ogólnie próbowały zniszczyć wszystko, co robiłem i co chciałem robić. To właśnie po jednym z takich ataków “przez przypadek” znalazłem na YouTube kanał pewnej Angielki, która w wieku lat 37 po ponad 10 latach pracy jako stewardessa postanowiła zostać lekarzem nie mając nawet matury. Opisywała szczegółowo jak ona się dostała na medycynę. Zasiała we mnie ziarno a internetowe gówno dostarczyło dość nawozu. Koniec końców dwa lata temu rzuciłem dobrze płatną pracę jako project manager w dziale IT szwajcarskiej firmy produkującej sprzęt laboratoryjny dla firm farmaceutycznych i poszedłem na kurs przygotowawczy do studiów medycznych. Po dwóch miesiącach zawiesiłem kurs. Sytuacja mnie przerosła, bo nauczyciele wychodzili z założenia, że wszystko już wiem i że ten kurs to tylko taka powtórka przed maturą. Nie w moim przypadku. Biologię i chemię i fizykę miałem ostatni raz w liceum czyli 20 lat temu, po polsku, na poziomie “podstawowym”. Nauczyciel od chemii chwalił się w piątek że po skończeniu lekcji idzie do pubu się nap£&/lic, a nauczyciel od biologii na pytanie z jakiej książki mam się uczyć odpowiedział: “z jakiejkolwiek”. Sytuacja mnie przerosła, myślałem, że coś jest ze mną nie tak. Wróciłem do Szwajcarii, zająłem się fundacją i działalnością, ale jednak ta porażka nie dała mi spokoju. W pewnym momencie stwierdziłem, że muszę spróbować jeszcze raz, bo będę żałował i wypominał sobie do końca. Na prędko zacząłem organizować sobie temat przeprowadzki do Anglii i tak dalej ale okazało się, ze mój koledż nie wysłał mi żadnych papierów potwierdzających, że mogę wrócić i dokończyć kurs. Kurs miał się zacząć za trzy tygodnie a ja nie byłem pewien czy w ogóle jest po co wracać do Anglii. W ubiegłym roku zalało mnie wręcz papierami odnośnie kursu, a w tym roku cisza. Dzwoniłem do dyrektorki pięciokrotnie, zawsze zajęta, oddzwoni. Byłem przerażony, bo co jeśli przeprowadzę się , a oni mi powiedzą, że sorry ale nie mamy dla ciebie miejsca na kursie. Zacząłem szukać tego samego kursu w innym koledżu. Napisałem maila - a oni że jak najbardziej, zabieraj papiery i przenoś się do nas. Pojechałem nie będąc jeszcze zapisany do tego nowego koledżu na dzień inauguracyjny (do nich bo u nich rok się zaczynał dwa tygodnie wcześniej) , zobaczyłem jak to wygląda wszystko, rozmawiałem z nauczycielami i stwierdziłem, tak, to jest to. I kiedy już zabrałem papiery i się przeniosłem, to dostałem w końcu maila od dyrektorki z tamtego starego koledżu że owszem, zapraszają, jest dla mnie miejsce. Ale było już za późno. W Gateshead College również miałem momenty zwątpienia, nie było mi łatwo, ale czułem, że tym razem jestem we właściwym miejscu i o właściwym czasie, wśród właściwych ludzi. Nauczyciele naprawdę pomagali i wspierali. Wszystko było dobrze poplanowane i przygotowane. To był mój czas. W poniedziałek oddałem ostatnie zaliczenie i teraz czekam na oceny i świadectwo. Myślę, że wszystko pójdzie po mojej myśli i od września zacznę studia w Bristolu. Mam taką nadzieję… w każdym razie mam przeświadczenie, że zrobiłem wszystko w mojej mocy, by dać sobie szansę spróbować zostać lekarzem. O ile pierwotnie kierowało mną “ja wam pokażę” o tyle od paru lat mam z tyłu głowy, że powoli się staje lekarzem, jeszcze daleka droga i może wcale nim nie zostanę ale w głowie już jest inaczej… Jeśli mi na czymś zależy, to właśnie na tym, żeby pomagać tym, którzy tej pomocy chcą i potrzebują. Szukajcie, a znajdziecie. Pukajcie a otworzą wam.